Author: snail

Relacja z Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego 2019

ZUK 2019r…
Dotychczas wyobrażałem sobie słowo, niemal jako żywą więź miedzy mną, a światem zewnętrznym. Słowo zawsze było częścią dźwięku, który odmalowywał świat zewnętrzny, ale i do niego podążał…
Dotychczas…

zdj. Manuel Uribe

zdj. Manuel Uribe

Przygoda Karkonoska, bo tak będą nazywać bieg, zmieniła wszystko czym opisywałem słowo: wrażenia, wiedza, emocje, barwa. I pamięć – przewartościowane zdarzenia, zweryfikowane poglądy, nadanie nowego sensu starym pojęciom.
Z przygód biegowych, jakie dotąd byłem pewny, że przeżyłem zaledwie jedną, dwie pozostały niezmienione, lecz tylko jedna Przygoda dorównuje Karkonoskiej – Beskidy Ultra Trail Challenge.
Sama Przygoda do Przygody Karkonoskiej miała sens, gdy trwała dobę, dwie i więcej, kiedy zadowolenie z wysiłku rosło wraz z długością trasy.
Dzisiaj – po ponad tygodniu od Zimowego Ultra Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego wiem już na pewno, że Przygodę można mierzyć jedynie skalą własnego wysiłku, a ZUKowa Przygoda choć krótka, była nią w każdym odcieniu znaczenia tego słowa.

I zacytowanie pełnej nazwy Biegu ma swój wyraz, własne, nieprzewidywalne znaczenie.
ZUK 2019 roku pewnie miał rozpocząć się, jak każdy wcześniejszy: spotkaniem z znajomymi Biegaczami, rozmowami z nimi, poznawaniem nowych twarzy, rejestracją Uczestników.

zdj. Manuel Uribe

zdj. Manuel Uribe

Jechałem na ZUKa z ogromnie mieszanymi uczuciami. Z jednej strony nigdy wcześniej nie biegłem zimową aurą w górach. Z drugiej strony w ostatnich latach dystans nieco ponad pięćdziesięciu kilometrów nie był żadnym wyzwaniem. Ot, biegowa wycieczka, jak podobny dystans nazwał jeden z Maniaców dochodzących do zdrowia: zdrowotnym biegomarszem. Jednakże na kilka dni przed wyjazdem w Karkonosze zaprzyjaźniony TOPRowiec przesłał mi linki, pod którymi miałem okazję śledzić na bieżąco aurę panującą w okolicach Domu Śląskiego, Śnieżki i Karpacza. I gdy po raz pierwszy obejrzałem na bieżąco filmową rejestrację okolic miejsc, które miałem z innymi Biegaczami przebyć podczas biegu, poczułem pierwszy przypływ niepewności. Pisząc „zobaczyłem” użyłem znacznej przenośni, gdyż im wyżej tym bardziej obraz był zamazany, niewyraźny, prędkość wiatru mierzona w m/s… Myśl „Po co tam jadę?” zaświtała i pozostała ze mną do końca, do przyjazdu w ciepłe, bezpieczne pielesze Rodzinnego Domu.
Niemal Wszyscy psioczyliśmy na Ważną Grupę za skrócenie dystansu, a każdy zastanawiał się, jaki jest sens po przejechaniu wielu kilometrów do przebiegnięcia dystansu ledwie dłuższego niż półmaraton. Przygotowania, marzenia o wynikach, błyszczenie podczas rozmów wśród znajomych, że oto wróciliśmy z zimowych gór, po przebytym dystansie ponad pięćdziesięciu kilometrów, w śniegu, wietrze… Wszystkie wyobrażenia miały prysnąć z powodu jakiegoś wiatru właśnie? Niedorzeczne. Krzywdzące. A rekompensata za tak znaczne zmiany? Żadna? To zakrawa nieomal o skandal…!
Z różnymi uczuciami pojawiliśmy się na placu, z którego dowieziono Nas na Polanę Jakuszycką.
Polano Jakuszycka- byłaś jak Erynie, dopóki łaskawa Mądrość i Odwaga nie wybaczyły Nam pychy niewiedzy.
Pierwszy etap: wąska, śnieżna ścieżka, pod którą często przepływał leśny ruczaj, niekiedy pól metra poniżej stóp, innym razem poniżej niemal metra… Uciążliwe, często męczące „zejście”, ześlizgnięcie się z wydeptanego szlaku i mozolne łapanie tchu, wyrównywanie tempa oddechu. Jedynie stałe
zdj. Karolina Krawczyk

zdj. Karolina Krawczyk

nachylenie było realną trudnością, lecz My, biegacze górscy właśnie nachylenia trasy analizowaliśmy, uśmiechaliśmy się do nich, zagrzewaliśmy Nasz animusz. Nachylenie… Raz jest w górę, lecz przecież za chwilę prowadzić będzie w dół.
Wybiegliśmy ze Schroniska… W stronę Odrodzenia, które dla Nas wielu było nim po najskrytsze zakamarki duszy. Czy ktoś z Biegaczy cofnął się do czasów ciemnych, czy został odrodzony, nie wiem. Nie wiem sam, kim jestem dzisiaj pisząc o ZUKu 2019. Po wielu już latach przeżytych, nagle nie mogę znaleźć odpowiedzi, jak mam
zdj. BikeLife

zdj. BikeLife

radzić sobie z Naturą, także „własną”, obawami, lękiem, zmęczeniem, zniechęceniem, trudnościami, których końca nie mogę wywołać, zastąpić, znieść. Ba, których narastających sił nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Kurcze mięśni jednej nogi, później drugiej, wiatr tak silny, że przewracał Biegaczy i zachwiał niejednym, a skóra na polikach sztywniała z każdą chwilą. Kiedy kończy się gniew Natury? Czyj Los potrafi nią wstrząsnąć, pohamować furię? Bałem się zrobić krok do przodu. Kolejne kurcze, bo brnąć Granią Śnieżnych Kotłów musiałem, by dotrzeć do Mety; bo musiałem kiedyś wyciągnąć nogę z głębokiego naniosu śniegu nawianego przez Wicher, by dać szansę sobie samemu iść, biec do celu. Po kolejnym, chyba piątym kurczu mięśnia dwugłowego, stanąłem zrezygnowany dalszą walką. To nie miało tak być, nie jestem w Himalajach, Śnieżne Kotły nie są Peak`iem, chyba że w talii kart…
Po kilku chwilach, na tyle długich, że palce zaczęły sztywnieć z zimna, ruszyłem do przodu. Lecz krok był niepewny, chwiejny, zamazujące się kontury czegokolwiek, co było materią i pierwsze nierzeczywiste myśli zatrzymały mnie na dobre. Zszedłem z trasy na kilka, może kilkadziesiąt
zdj. Manuel Uribe

zdj. Manuel Uribe

metrów. Wsparty o kijki rozmyślałem ile czasu zajmie GOPRowcom dotarcie do mnie: piętnaście minut, więcej? Nie miałem sił. Nie mogłem złapać tchu. Nogi drżały, a mięśnie sprawiały ogromny ból. W głowie wciąż ta sama myśl, jak pragnienie, jak żądza: Pomocy! Przecież wszyscy widzą, cały Świat widzi, jak rozpaczliwie wołam „Pomocy!”. Muszę nabrać sił. Muszę zaczerpnąć tchu, jeszcze jednego, i jeszcze, i jeszcze… Tymczasem Wicher świstem smagał i otaczał mnie szydząc z mojego zrezygnowania, z moich wewnętrznych lamentów. Przed oczyma jedynie szarość. Nawet biały puch nie śmiał błyszczeć, kiedy Wicher przemawiał. W rozpraszających się, co raz bardziej niespójnych myślach, przypomniałem sobie, że Wichura będzie narastać z każdą godziną, warunki staną się jeszcze trudniejsze i bezczynność, jaką Wicher może tolerować będzie trzeba liczyć w sekundach, nie minutach… I gdy kolejny raz zwaliła się na moje plecy masa pędzącego z oszałamiającą prędkością Wiatru uzmysłowiłem sobie dwie prawdy: Natura za nic ma moją słabość – pierwsza przykra prawda. Druga to ta, że Organizator przestrzegał Wszystkich przed wyjściem na szlak do Odrodzenia i na jak szybkie dotarcie Ratowników do każdego z Nas możemy liczyć, a była mowa o nastu – realnie rzecz biorąc ponad dwudziestu minutach… Czyli, każda minuta pozostania w bezruchu w tych warunkach przybliża mnie do wieczności – druga przykra prawda.
Przypomniałem sobie o żelu, do dzisiaj nie wiem w jaki sposób, i rozpoczynając powolny marsz, pochłonąłem całą zawartość tubki. Nie pamiętam jaką twarz miała siła, która wprawiła mnie w ruch. Może był to strach przed niespodziewanym końcem tak zwykłego życia? Może niedokończone zdania do moich Najbliższych? A może był to strach przed bólem, którego jeszcze nie poznałem? Z całą pewnością bałem się odmrożenia, choć przecież nie wiedziałem, jak i kiedy nadciąga, jak dotkliwy niesie ból. Wiedziałem za to, że odmrożenie może być pierwszą oznaką odchodzenia, bo jak wielka jest we mnie wola walki, z czyś niepowstrzymanym, niepohamowanym, tego nie wiedziałem. Idąc, z każdym krokiem widziałem natomiast Szczyty Himalajów, czułem załamanie każdego wspinacza, który z Nimi zespolił swą duszę, czułem nieomal fizycznie narastający mozół każdej ekipy, każdego ich Uczestnika. I z przerażeniem odkryłem, jak bardzo cienki obszar emocji dzieli nas od przegranej. Dzisiaj jestem przekonany, że na dwóch ramionach siedział Los ubrany w odmienne stroje i takimże obliczu. Może jest mi dane przeżyć jeszcze niejedno Wesele? Może Losu odmienne oblicze zasiadać będzie na obydwu ramionach, dopóty, dopóki obawa i lęk silniejsze będą niż marzenie? Jak „Szeroki Szczyt” możliwości był dla mnie ten Bieg, wewnętrznej siły, kontrargumentów wobec Natury?
zdj. Wojtek Łużniak

zdj. Wojtek Łużniak


Myśląc o tym Biegu odczuwam po raz pierwszy strach przed Nią, przed siłą, jaką może nadać własnym planom. Odczuwam także ogromny szacunek dla Kilkorga osób, które nie bały się decyzji, jaką podjęli: jedynej, słusznej, choć i tak na granicy rozsądku; nie bały się Słów, które ranią najbardziej i zasiadają w pamięci i duszach do końca Naszych dni.
Nie wiem też co myśleć o wszystkich napisanych wcześniej słowach… Zbieram nieustannie siły, by je zrozumieć, lecz jeszcze nie teraz… Wiedza przychodzi powoli, szaleństwo odbiera zdrowy rozsądek wraz z życiem gwałtownie i bezpowrotnie.
Na koniec: wszystko co powyżej, to wyłącznie moje przeżycia i wrażenia z Biegu. Pewny jestem, że każdy z Nas zapamiętał bieg inaczej, z towarzyszącymi innymi emocjami. Niemniej, niech każdy zastanowi się, w czym różnimy się istotnie.
Gratulacje i głęboki ukłon składam Organizatorom, Wolontariuszom, Zdjęciowcom i rzecz jasna – wszystkim Biegaczom.

KB Maniac i przyjaciele na biegowym wyjeździe w hiszpańskim Castellon

W dniach 23-27 luty grupa klubowiczów KB Maniac wraz zaprzyjaźnionymi biegaczami z Maratonu Leszno, Night Runners oraz Drużyny Szpiku udała się do Castellon de la Plana w Hiszpanii gdzie 24 lutego odbywał się bieg maratoński oraz bieg na 10km. Do wyjazdu zachęciła nas przede wszystkim cena biletów lotniczych, która w połączeniu z możliwością łyknięcia nieco więcej słońca w środku zimy spowodowała, że większość z nas długo się nie zastanawiała (choć niektórzy musieli kupić bilet nieco drożej niż poniżej, ale nadal cena była bardzo atrakcyjna).

W sobotni poranek kiedy udawaliśmy się na poznańskie lotnisko termometry wskazywały -5 stopni. Kilka godzin później spacerując już po Castellon de la Plana trzeba było się zmierzyć z dużo wyższą temperaturą.

CastellonTemperatura

Nie wróżyło to dobrze maratończykom bo wiadomo było, że raczej nikt nie skończy biegu przed południem (start był o 9:00). Jedynie uczestnicy biegu na 10km nie musieli się za bardzo martwić bo jednak według prognoz o poranku miało być nieco chłodniej.

Po zakwaterowaniu się w mieszkaniach, które wynajęliśmy w serwisie Airbnb (dodam, że w rewelacyjnych cenach i naprawdę w niezłym standardzie) udaliśmy się do biura zawodów położonego w pięknym Parku Ribalta w centrum tego 170 tysięcznego miasta. Po odebraniu pakietów trzeba było zrobić oczywiście pamiątkową fotkę w bluzach, które były w pakiecie maratońskim lub koszulkach z pakietu biegu na 10km. Warto dodać, że zarówno bluzy jak i koszulki były niezłej jakości, a cena pakietu startowego jak na europejskie standardy była niska.


Następnie udaliśmy się uzupełnić węglowodany, co niektórzy uzupełniali również białko kosztując specjały lokalnej, ale bardzo smacznej kuchni.

Dzień startu przywitał nas rześkim porankiem i na całe szczęście nawet pojawiły się pojedyncze obłoczki co pozwalało mieć nadzieję, że może słońce oszczędzi nasze nieprzystosowane o tej porze roku organizmy do tak dużej ilości ciepła. Wszyscy w dobrych nastrojach przybyli na start, a ponieważ nikt nie traktował tego biegu jako próby robienia wyniku to jednocześnie nikt nie czuł presji i przedstartowego stresu.
Po oddaniu depozytów udaliśmy się na krótką rozgrzewkę i następnie na linię startu, która od budynku gdzie był depozyt oddalona była o jakieś 250m. Chwila oczekiwania i blisko 900 maratończyków wystartowało na 42km trasę. Bieg na 10km startował kilka minut później. Trasa maratonu do 17km biegła ulicami miasta gdzie raz po raz biegacze byli mocno dopingowani przez zgromadzonych kibiców i zespoły muzyczne. Następnie rozpoczęła się długa kilkukilometrowa prosta prowadząca do położonej nad samym morzem miejscowości El Grao

Nad samym morzem trasa przebiegała przez przystań jachtową po czym drugą nitką tej samej prostej trzeba było wrócić do Castellon.

Końcówka trasy biegła urokliwymi wąskimi uliczkami miasta gdzie zgromadziło się bardzo dużo gorąco dopingujących kibiców. Jednocześnie chyba każdy z nas walczył z temperaturą rzadko spotykaną na polskich maratonach, a już na pewno nie o tej porze roku. Meta obu dystansów ulokowana była we wspomnianym wcześniej Parku Ribalta.

Na mecie na biegaczy oprócz tradycyjnych medali czekały także pamiątkowe, duże ręczniki, owoce, piwo oraz PIZZA :-)

Kolejne dni każdy zagospodarował we własnym zakresie. Była zaliczona plaża i kąpiel w morzu gdzie woda miała w porywach 15 stopni. Były wycieczki po okolicy realizowane albo wynajętym samochodem albo wypożyczonymi na miejscu rowerami. Większość zdecydowała się również na wycieczkę do oddalonej o 70km Walencji gdzie praktycznie co godzinę odjeżdżał pociąg z Castellon.

Podsumowując zaliczyliśmy kolejny udany wyjazd klubowy na biegową imprezę. Należy przy tym napisać kilka słów pochwały dla organizatorów Maraton BP Castellon bo choć to kameralny maraton jak na hiszpańskie warunki to biegacz ma prawo czuć się tu dopieszczony. Niewysokie wpisowe z bogatym pakietem, sprawna obsługa w biurze zawodów i depozycie, trasa pozwalająca robić naprawdę niezłe wyniki (zwycięzca 2:08, najlepszy z Polaków 2:51), doping kibiców i pizza z piwem na mecie powinna zachęcić niemal każdego. Jedyny minus jest taki, że Ryanair wycofuje połączenie lotnicze Poznań-Castellon, ale zapewne chcący znajdą jakieś alternatywne połączenia.
Organizator już zaprasza na 10 jubileuszową edycję, która odbędzie się 16 lutego 2020, a my możemy jedynie powiedzieć, że naprawdę warto.

Sprintem do maratonu

W dniach 09 i 10 maja wychowankowie państwowego Przedszkola nr 82 oraz nr 36 w Poznaniu, wzięli udział w IV edycji Ogólnopolskiego Maratonu Przedszkolaków „Sprintem do Maratonu”, którego inicjatorem i patronem jest miesięcznik „Bliżej przedszkola”. Wśród pięknej, sportowej oprawy udostępnionej dzięki Klubowi Biegacza MANIAC podczas słonecznej pogody, każde z ponad 250-cioro dzieci w obu placówkach w wieku od 2,5 do 5 lat w radosnej atmosferze przebiegło od 100 m do 200 m pod okiem doświadczonego maratończyka i członka naszego  klubu. Po wyczerpującym biegu dzieci otrzymały medale, dyplomy oraz pyszny, odżywczy poczęstunek. Biegi te były ogromną okazją do promocji klubu oraz sportowej, zdrowej rywalizacji wśród dzieci w wieku przedszkolnym. 32372856_1673309979431431_5741583496145534976_n 32545708_1748600658519431_8345225269782511616_n 32531869_1748600781852752_8951950749655367680_n

Już niebawem Władca Pierścienia czyli bieg ultra rowerowym szlakiem dookoła Poznania!!!

logo_wladca_pierscienia2
Już niedługo, w dniach 07-08 kwietnia 2018 roku, odbędzie się pierwsza edycja Władcy Pierścienia czyli biegu po pięknym krajobrazowo szlaku pętli rowerowej dookoła Poznania (Murowana Goślina – Kostrzyn – Kórnik-Mosina – Stęszew – okolice Tarnowa Podgórnego).

Serdecznie zapraszamy do kibicowania na trasie wszystkim, którzy podjęli wyzwanie pokonania dystansu blisko 170 km.

Więcej szczegółów na stronie biegu:
Władca Pierścienia

 

Trofeum z maratonu w Maladze

Dziś dotarło do nas trofeum za zajęcie 3 miejsca w klasyfikacji klubowej Zurich Malaga Marathon, w którym licznie wystartowali nasi klubowicze na początku grudnia ubiegłego roku. Jak widać organizacja imprezy na najwyższym poziomie. Polecamy każdemu kto ma ochotę w grudniu pobiegać pod palmami.

Malaga_trofeum

Bieg Genia

W dniu 18 lutego nasz klubowy kolega Geniu przechodzi na emeryturę i postanowił z tej okazji zorganizować imprezę biegową. Jakżeby inaczej! Nie ma nic lepszego, niż uczczenie tak znakomitej okazji w gronie tak samo zwariowanych osób :)

Geniu

Do wyboru są trzy dystanse- 10km, półmaraton i maraton.
Godziny startów:
08:00 maraton
09:30 półmaraton
11:00 Wildecka Dziesiątka
Start i meta znajduje się na terenie Ogródków Działkowych im.Mazurka pomiędzy ulicami Droga Dębińska , Dolna Wilda i Hetmańską

Trasa jest po chodnikach i trawie.

Zapisy na stronie http://biegiwlkp.wixsite.com/wildecka oraz na miejscu w świetlicy.

Parking dla samochodów znajduje się przy bramie wjazdowej.

Dojazd tramwajem 1,7,11 – wiadukt Hetmańska lub autobus 71 i 76

Zapraszamy!!

Rośnie nowe pokolenie

Do grona naszych juniorów dołączyła właśnie Natalia Cholewińska. Młoda zawodniczka niebawem skończy 4 latka, ale już ma za sobą pierwsze starty. Życzymy zarówno jej jak i rodzicom sukcesów i dużo radości z biegania.

Natalia Cholewinska

Przemyślenia Maniaca

Rok 2017 był, jak każdy poprzedni „Albatrosem”.
Wiem, zabrzmiało to dziwnie i… niecodziennie. Przyrównać bieganie i udział w zawodach do słynnego utworu Fleetwood Mac „Albatros”

wydaje się co najmniej udziwnione. Dlaczego nie „El Condor pasa”, czy motyw końcowy „Lot nad kukułczym gniazdem”? A może „River of Tears”, „Boat on the River”, „Starless “… Nie wiem, być może chodzi o nastrój: nostalgię, nutę optymizmu, harmonię… Bo co innego może mieć wspólnego bieganie z „Albatrosem”?
Nostalgia
Bieganie, długie długie bieganie przez wiele godzin zawsze identyfikowałem z niezależnością i pełną swobodą: Ja z żywiołowością człowieka w ogromnej przestrzeni, w której samotny biegacz mniej znaczy niż mijana sosna, buk czy dąb stary. Na każdym osiągniętym szczycie moje myśli dosięgają chmur a wolność szybuje przede mną hen, gdzieś przed siebie cienką nicią utrzymując kontakt z ciałem. Pamięć przywołuje migawki z dzieciństwa, zabawy, niewypowiedziane słowa dawno zapomnianych sytuacji, niedociągnięte gesty zdarzeń minionych dawno… Przewija się w tym nie tylko radość z bycia w swoim świecie w otoczeniu, które dawno przeminęło. Dotykam z każdym krokiem radość i pewność, że za rogiem, za krzewem jest ktoś, kto pomoże, a las, łąka i potoki są zawsze tym samym: dziczą, którą poznać możemy zawsze, byle tylko zatrzymać się na chwilę i postarać się zrozumieć, usłyszeć, zobaczyć…
Optymizm
Nie myślę o Jaśle, bo znam go przez pot, opowieści i opis Biegaczy. Może wspomnę raz, drugi zarys Radziechowej okolicy, wysoko opuszczonej dziś i dziczejącej hali, która swym urokiem i kształtem każe zapomnieć o przebytej drodze. Śnieżne Kotły, Babia Góra, Trzy Korony, Starorobociański Wierch, Ornak, Zawoja… i myśli, które lecą nie wiedzieć ku czemu, bez kierunku, zaskakując obrazem, wątkiem ponad wszystkimi szczytami. Dzisiaj moje Śnieżne Kotły, Babia i inne to leśne ścieżki przecinające lasy równiny i gdzieniegdzie górkę, ot niewielkie wzniesienie, które wydepczę aż po Beskidzkie, Sudeckie i Tatrzańskie szczyty. Tam poniosą mnie godziny spędzone na trasie każdego dnia, przez wiele tygodni.
Harmonia
Z mozołem, powoli gdzieś kiedyś znów wdrapię się na szczyt kolejnej góry na szlaku biegowym. A wówczas spoglądając daleko przed siebie zobaczę nowy szczyt, nowych osiągnieć i nowych zmagań. U podnóża góry może dostrzegę chybotliwą postać Biegacza, jak Ja – Maniaca, który na szlaku wijącym się niczym cienka nić ugnie niebawem grzbiet, by z pokorą zdobyć swoją kolejną gorę. Widzę więc ile przede mną drogi, ile wysiłku, ile mijanych wspaniałych widoków, z których tylko kilka przypadkiem zapamiętam. Pochylam i ja głowę, by, dopóki nie znajdę się u podnóża góry przez Innego Maniaca zdobywanej, wyznaczyć sobie małe cele: na krok, na dojście zakrętu, na minięcie nieodległego krzewu salixy, tam jastrzębca kwiat, wężownika, zagubionego w górach pierwiosnka maleńkiego. Krok, kolejny krok i znów, by dotrzeć na szczyt spiętrzonej ziemi i zobaczyć przed sobą dalszy ciąg przeogromnej przestrzeni, której jestem częścią.
Niewiele widoków pamiętam z tras długich, trudnych biegów. Skupiony jestem na widokach rozpościerających się wzdłuż trasy biegu nie dla ich podziwiania, a by ocenić skalę trudności z jaką przyjdzie zmierzyć za chwilę i odszukać ścieżkę, po której niebawem pobiegnę. Patrzę i oceniam stąpając, truchtem powolnym posuwając się do przodu by nastroić swe myśli i przygotować umysł na wysiłek. Treningi przesuwania granic zniechęcenia nakładają się swoistą mapą zwątpień na szlak i dają poczucie – wrażenie wiedzy, znajomości tego co oczekuje mnie i każdego innego. Nie idę wiec i nie biegnę a lecę ponad trasą, bo myśli moje nie dotykają kamieni, a skupienie nie czuje metrów.
Niekiedy, w chwilach szczególnie trudnych ponownie zanucę „Albatrosa” i wtopię się w harmonię dźwięków, by na skrzydłach nowej nadziei dotrzeć do kolejnego szczyu mojego małego świata zamkniętego w dzikiej, wymarzonej przestrzeni. I to jest przygoda. Tym jest Bieganie.
Życzymy zatem wszystkim Biegaczom małym i zapałem Wielkim Maniacom następnego Roku z „Albatrosem” – Roku 2018.

Zurich Malaga Marathon 2017

Malaga_grupowe

Wiosną tego roku jeden z klubowiczów wpadł na pomysł żeby się wybrać w grudniu na maraton do Malagi. Jako, że nie chciało mu się lecieć samemu spytał innych klubowiczów i od tego momentu ruszyła mała lawina, która spowodowała, że za sprawą tanich biletów lotniczych i stosunkowo niewielkiego wpisowego uzbierała się ponad 30-osobowa ekipa biegaczy i osób towarzyszących.

I tak o to w czwartek 7 grudnia w środku nocy ruszyliśmy kilkoma autami do Berlina skąd wcześnie rano odlatywał nasz samolot do Malagi. Kilka osób dołączyło jeszcze do nas w piątek. Lot przebiegł bez problemów i opóźnień. Na miejscu powitała nas piękna słoneczna pogoda i koło południa zameldowaliśmy się w hotelu po czym udaliśmy się zakosztować miejscowej kuchni. Oczywiście korzystając z okazji zajadaliśmy się pysznymi rybami i owocami morza. Czas do wieczora został zagospodarowany na zwiedzanie Malagi i drobne zakupy, a wieczorem wspólne planowanie kolejnego dnia.

W piątek nasza ponad liczna ekipa podzieliła się i część wybrała wycieczkę do Gibraltaru, część do Granady, inni do Sewilii czy Cantimino del Rey.Wszyscy oczywiście ze swoich wycieczek wrócili bardzo zadowoleni zwłaszcza, że cały czas dopisywała nam piękna pogoda. Tym samym kolejny dzień pobytu był pełen miłych wrażeń.
Granada

W sobotę rano udaliśmy się na Bieg Śniadaniowy więc była w końcu okazja trochę pobiegać. Nieco po godzinie 9:00 wystartował bieg na prawie 5km jak wskazywało większość GPS-ów, a po biegu można było się częstować czekoladą, sokami, izotonikami czy wodą. Bieg Śniadaniowy odbywał się nieopodal biura zawodów maratonu więc była od razu okazja żeby odebrać pakiety. Jako że maraton w Maladze nie jest jakąś dużą imprezą to Expo nie by było bardzo okazałe, ale można było się praktycznie we wszystko zaopatrzyć gdyby komuś czegoś brakowało. Sam odbiór pakietów przebiegł sprawnie i bez kolejek. Tego dnia zaliczyliśmy jeszcze kąpiel w morzu albowiem woda miała temperaturę zbliżoną do Bałtyku w lipcu :-)

Wreszcie przyszedł dzień maratonu. Nie musieliśmy na szczęście zbyt wcześnie wstawać albowiem mieszkaliśmy kilkaset metrów od startu i zarazem mety biegu. Start był o 9:00 więc z naszego hotelu wyszliśmy pół godziny wcześniej. Poranek był już bardzo ciepły więc wiedzieliśmy, że na trasie trzeba się raczej nastawić na opalanie niż na bicie życiówek. Na szczęście zdecydowana większość z nas przyjechała tu turystycznie i maraton był traktowany mocno treningowo. Po drodze pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w kierunku strefy startowej ulokowanej przy głównej ulicy w pobliżu parku Parque de Malaga.

Tuż przed 9:00 zameldowaliśmy się na starcie i tuż po wybiciu tej godziny bieg ruszył ulicami Malagi. Pierwsze kilometry prowadziły przez miasto i mimo że startowało około 2,5 tysiąca zawodników to było jeszcze dość gęsto na tym odcinku. Na 5km mała wtopa organizatora bo okazało się, że na punkcie nie ma już wody. Chyba starczyło jedynie dla tych co biegli na czas poniżej 3:30. Na szczęście od tego miejsca kolejne punkty z piciem miały być co 2,5km i jak się okazało wszystkie były już bardzo dobrze zaopatrzone. Na 6km dobiegliśmy do plaży i od tego momentu kolejne 10km biegło się wzdłuż morza, które od czasu do czasu zasłaniały zabudowania. Na 16km nawrotka i do 25km trasa biegła niemal cały czas tą samą drogą, którą już wcześniej biegliśmy.
W międzyczasie temperatura wzrosła do 20 stopni i widać było pierwsze oznaki zmęczenia skutkujące kryzysami u niektórych zawodników. Nie licząc ścisłego centrum w okolicach portu raczej nie można było liczyć specjalnie na doping kibiców. Po 25km trasa wybiegała bardziej w dzielnice mieszkalne Malagi, przebiegała też na 29km przez stadion lekkoatletyczny na którym dzień wcześniej był start i meta Biegu Śniadaniowego, a 10km koło stadionu miejscowego klubu piłkarskiego Malaga CF. Ten odcinek z punktu widzenia widokowego był chyba najnudniejszy. Dopiero koło 40km trasa przebiegała przez starszą, tętniącą życiem część miasta co oczywiście przełożyło się na większą ilość kibiców. Zbliżaliśmy się powoli do mety. Jako, że większość nas traktowała ten bieg treningowo wielu kończyło z uśmiechem na twarzy naładowani chyba tą dość letnią atmosferą w grudniu i biegiem wśród palm, w których skrzeczały papugi. Mimo dość niesprzyjających warunków w postaci wysokiej temperatury i porywów wiatru dwie nasze klubowiczki ustanowiły swoje rekordy życiowe. Jednocześnie w klasyfikacji klubowej KB Maniac zajął miejsce na najniższym stopniu podium. Można więc pod względem sportowym wyjazd także uznać za udany.
DSC01927

Po maratonie do wieczora był czas na dobre jedzonko, kąpiel w morzu i radosne rozmowy do późnego wieczora bo wszyscy byli bardzo zadowoleni z wyjazdu. Pojawiły się głosy, że jesienno-zimową porą kiedy nasze kalendarze biegowe nie są tak mocno wypełnione można pomyśleć o organizacji podobnych wyjazdów co rok. Miejmy nadzieję, że nie pozostanie to w sferze tylko pomysłów. Kolejnego dnia przed południem udaliśmy się na lotnisko i trzeba było wracać do domu. Nie było nam już nawet bardzo żal bo zrobiło się deszczowo i bardzo wietrznie. Z niewielkim opóźnieniem powróciliśmy do Berlina skąd naszymi autami ruszyliśmy do Poznania i tak zakończył się nasz kilkudniowy, obfitujący w wiele pozytywnych wrażeń wyjazd.

Podsumowując sam maraton w Maladze jest na pewno imprezą wartą polecenia. Trasa choć ma kilka podbiegów to nie są one jakoś specjalnie trudne i można nawet pokusić się tu o robienie życiówki pod warunkiem, że trafi się w dobrą pogodę. Wpisowe 40EUR (w pierwszym terminie) też nie należy do wygórowanych. Samo miasto nawet poza sezonem letnim tętni życiem do późnego wieczora i można wybrać się tam w grudniu w celach turystycznych. Biegacze górscy mogą się tam także wybrać potrenować bo okolice Malagi otoczone są górami, w których nie brak fajnych ścieżek co przetestowała dwójka naszych zaprzyjaźnionych biegaczy z Sobótki.

Klubowy wyjazd do Malagi

W weekend 8-10 grudnia całkiem liczna ekipa KB Maniac oraz grupa przyjaciół z zaprzyjaźnionych klubów poleciała do Malagi gdzie wzięła udział w maratonie i towarzyszącym sobotnim biegu śniadaniowym. Jako, że niemal wszyscy są już po sezonie i bardziej w okresie roztrenowania to wyjazd był głównie turystyczny, a maraton dla większości był tylko dodatkiem. Nie przeszkodziło to jednak dwóm klubowiczkom poprawić swoich życiówek na dystansie maratońskim choć warunki jakie panowały czyli grzejące słońce i momentami dość porywisty wiatr wcale nie ułatwiały zadania. Ostatecznie wszyscy z uśmiechem dotarli do mety i jak się później okazało pozwoliło to ekipie KB Maniac na zajęcie 3 miejsca w klasyfikacji drużynowej. Po maratonie mimo, że większość z nas osiągnęła rezultaty dalekie od osobistych rekordów wszyscy uznali, że był to bardzo udany wyjazd. Oczywiście nie zabrakło okazji do zakosztowania miejscowej kuchni, kąpieli w morzu czy pozwiedzania Malagi i okolic, a w niedzielny wieczór wspólnego świętowania. Już niebawem więcej w dziale Relacje z zawodów.

Malaga_01